Tym
razem do naszego pobliskiego marketu „Za rogiem” musiałem wybrać się sam, gdyż
moja kochana żona zaczęła przygotowania do przyjazdu naszych znajomych jeszcze
z liceum.
Wszedłem
do sklepu, a tu jak zwykle pełno ludzi z koszami na zakupy, miotających się
między sklepowymi regałami. Udałem się i ja ze swoim koszem po zakupy.
Poszedłem najpierw na nabiał aby kupić maślankę, trochę jogurtów, ser oraz
mleko. Wyjąłem z kieszeni karteczkę z listą zakupów, którą dała mi moja żonka.
Zacząłem ją czytać, a tu: mieszanki cukiernicze, kremy waniliowe, bakalie,
ziarna słonecznika, kawa itp.
„Jejku”
- krzyknąłem sobie pod nosem - czemu ta lista jest aż tak długa?! No cóż, Hanka
jak zwykle chciała się popisać jakimiś nowymi potrawami, na które przepisy
znajdowała z reguły w internecie. Nie sądziłem, że to zajmie mi tyle czasu, a
miałem jeszcze umyć grilla oraz przygotować taras. Nie lubię chodzenia i
szukania produktów, których nigdy nie widziałem na oczy i pewnie jak zwykle
kupię jeszcze nie te, co trzeba. Po około dwóch godzinach wyszedłem z marketu
ze wszystkimi produktami, jakie moja Hanka napisała na kartce.
Dumny z
siebie, szybkim krokiem ruszyłem do domu. Gdy wszedłem, moja żona powiedziała:
„co tak długo!” i od razu chwyciła reklamówki aby sprawdzić czy wszystko
kupiłem. Ja czekałem na słowo pochwały ze strony Haneczki, ale zamiast tego
usłyszałem „a gdzie są owoce i przetwory, przecież ci napisałam!” No cóż,
musiałem z powrotem pójść po nie kupione sprawunki. „Ach te kobiety i ich
pisanie karteczek z listą zakupów” - powiedziałem sobie w myślach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz