W piątek, jak co tydzień, skoczyłem rano po pieczywo i
nabiał do sklepu. Znajdował się on po drugiej stronie ulicy. Ot, taki osiedlowy
mały punkt zaopatrzenia w najbardziej pilne artykuły spożywcze, tudzież owoce i
przetwory jak również wino dla okolicznych „smakoszy”.
Pracowników, a właściwie pracownice, bo personel - nie
licząc nieobecnego zwykle kierownika - to wyłącznie miłe panie, był mi
doskonale znany. Od lat byłem tu stałym klientem. Odpowiadały mi niewielka
odległość od sklepiku, zawsze uprzejma obsługa oraz przyzwoite ceny.
Tego dnia wybrałem: bułeczki, mleko, dżem i masło. Ręka
zadrżała nad opakowaniem mojej ulubionej suchej krakowskiej, ale przemogłem się
i zwalczyłem pokusę. Nie, nie dlatego, że piątek… Przeklęta dieta, na którą
jestem skazany już od miesiąca. Po co mi była ta wizyta u lekarza?...
Przy kasie lekki szok. Cena przynajmniej o jedną trzecią
wyższa niż zwykle! Jako że mam niezmienne upodobania, kwota, którą normalnie zostawiam
w sklepie, jest w przybliżeniu stała. Ponieważ nie było kolejki, wdałem się w
rozmowę z kasjerką.
- Jakieś podwyżki, pani Kasiu?
- Kierownik podniósł ceny - ekspedientka uśmiechnęła się
przepraszająco. - Niektóre artykuły, zwłaszcza nabiał, kawa, pieczywo i
produkty mrożone - nawet o połowę. Klienci mówią, że to dlatego, że likwidują
„Biedronkę”. No wie pan, nie będzie teraz konkurencji. Ale ja myślę, że w grę
wchodzi jeszcze jeden powód. Zauważył pan, jaki ostatnio chodzi struty?
- Rzadko go widuję, ale chyba rzeczywiście.
- Podsłuchałam jego telefoniczną rozmowę z żoną. Oni brali
kredyt we frankach i ona jest wściekła, bo podnieśli im ratę. Wrzeszczała na
niego, a ten biedak obiecywał, że ich poziom życia nie spadnie, że się postara
itp. No i się postarał! Ceny podniósł i teraz myśli, że więcej zarobi. A my to
co? Za parę groszy tyramy!...
Zapłaciłem szybko i wróciłem do domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz